Resident Evil: Zagłada (RE: Extinction) – recenzja filmu
Zombiecalypse Now
Pierwsza część Resident Evil była dość udaną adaptacją gry komputerowej. Niezłe efekty specjalne, dość dobry scenariusz, dużo akcji i adrenaliny oraz hordy krwiożerczych zombiaków stworzyły atrakcyjny dla widza miks. Po sukcesie „jedynki” przyszła kolej na klapę w postaci RE 2. Zmiana reżysera nie wyszła tytułowi na dobre. Vanitas vanitatum et omnia vanitas (marność nad marnościami i wszystko marność) rzekłem po obejrzeniu – z trudem dotrwawszy do końca seansu. Gdy usłyszałem o pomyśle nakręcenia trzeciej odsłony Biohazard (taki tytuł nosi growy odpowiednik w Japonii) nieco mnie zemdliło. Filmem zainteresowałem się dopiero, gdy dowiedziałem się o postapokaliptycznych motywach i poznałem nazwisko reżysera – a został nim Russell Mulcahy. Co jak co, ale jegomość trochę już w branży namieszał, m.in. dowodził planem filmowym przy realizacji Nieśmiertelnego oraz maczał palce w postwirusowym serialu Jeremiah (który to dość szybko zdjęto z anteny za nieco antyamerykańskie przytyki). Posadę scenarzysty otrzymał ponownie Paul W. S. Anderson, także pod tym względem żadnego zaskoczenia nie było. W roli głównej obsadzono tradycyjnie modelkę i niezłą aktorkę – Millę Yovovitch.

Plakat filmu Resident Evil: Zagłada
Zagłada
Armageddon wydarzył się przez Umbrellę – nie, nie chodzi o piosenkę Rihanny w remixie Pana Dorna, a o megakorporację prowadzącą tajne i niezwykle niebezpieczne badania genetyczne. Zabawy z DNA nie wyszły naukowcom zbyt rewelacyjnie, zamiast ulepszonych ludzi rezultatem eksperymentów był wirus T, zmieniający żywe istoty w zombie i inne równie sympatyczne potwory. Zaraza wymknęła się jajogłowym spod kontroli, najpierw swoje żniwo zebrała w Racoon City, w podziemiach którego mieścił się kompleks Umbrella Corp., a potem rozlała się na całą planetę pozostawiając przy życiu jedynie nielicznych. W trzeciej części Resident Evil to właśnie ocalali z biologicznej katastrofy grają pierwsze skrzypce. Kilkudziesięcioosobowa grupa mężczyzn, kobiet i dzieci nieustannie ucieka przed nieumarlakami w konwoju, tylko częste zmiany miejsca pobytu zapewniają względne bezpieczeństwo.
Przypadkiem do podróżników dołącza Alice – efekt eksperymentów „parasolki”, kobieta o ponadprzeciętnych możliwościach psychofizycznych, odporna nie wiadomo czemu na paskudne właściwości wirusa T. Po wielu trudach, śmierci znacznej części ekipy i odnalezieniu informacji o rzekomo nieskażonej Alasce, brygada śmiałków/desperatów wyrusza na północ w poszukiwaniu lepszego jutra. Sielanka nie może jednak przyjść zbyt łatwo, UC namierza Alice i ponownie wypowiada jej wojnę, a podczas tej, strony nie przebierają w Środkach. Są nimi broń konwencjonalna, inteligentna i jeszcze bardziej wściekła generacja zombiaków, nie do końca kontrolowane moce psioniczne i mutacje genetyczne. W każdym razie jest to arsenał zapewniający efektowne widowisko.
Krótki film o zombiejaniu
RE 3 to niezłe kino akcji. Z pewnością obraz o wiele lepszy od „dwójki” a chyba i od części pierwszej. Co prawda kretyńskich motywów nie udało się uniknąć (wataha truposzy, która nie potrafi sforsować ogrodzenia wykonanego ze zwykłej z siatki!), ale nie jest źle. Zdewastowane scenerie, poczucie nieustannego zagrożenia, niebezpieczne pułapki, fruwające mięcho i tony efektownej rzezi dają nam dobrą rozrywkę na weekendowy wieczór. Film lekki, łatwy i przyjemny. Taki odstresowywacz, na który trzeba patrzeć z przymrużeniem oka. Zdecydowanie waga lekka w porównaniu z 28 dni później, ale też i aspiracje twórców były zgoła inne. W tej produkcji to ci dobrzy są na piedestale, a szwarzcharaktery dostają manto. Fajne FX, Milla w towarzystwie pomniejszych hollywoodzkich gwiazdek i zmutowanych dobermanów oraz klimat pustkowi to plusy omawianego tytułu. Na uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa, na której znalazły się kompozycje Charliego Clousera oraz utwory (przeważnie rockowe) różnych artystów. Typowo filmowe kawałki wymienionego kompozytora naprawdę pasują do obrazu, nieco mroczna, budująca napięcie elektronika jest tym, co tygryski lubią najbardziej. Na minus trzeba zaliczyć ewidentne przegięcia rodem z Dragon Balla i Power Rangers. Seans odradzam ortodoksyjnym fanom serii gier i widzom doszukującym się logiki i realizmu w filmach zapowiadanych przecież jako efektowne kino akcji z motywem zombie. Reszta może walić do kin i zajadać się popcornem, bo zakrztusić się ze strachu raczej się nie da.
Zakończenie trzeciego Residenta z łatwością pozwala przypuszczać, ba, nawet sugeruje nakręcenie części czwartej. I o ile o tym pomyśle nic na razie nie słychać, to Capcom i Sony zapowiedziały stworzenie filmu animowanego czerpiącego z fabuły pierwszej części gry Resident Evil, która ukazała się na PlayStation w 1996 r. Co z tego wyjdzie – ano zobaczymy, może nie będzie tak źle.
Piotr “Micronus” Osiak
18/05/2011 @ 20:50
Fajna recenzja przydala sie DZIEX