Terminator: Ocalenie (Terminator: Salvation) recenzja gry na X360

Gdy stało się pewne, że Halcyon Company wyłoży pieniążki na nowy film z serii Terminator, deweloperzy na całym świecie zaczęli zacierać ręce – oznaczało to, że ktoś dostanie lukratywne zlecenie na niezbyt skomplikowaną gierkę jadącą tak naprawdę na kampanii reklamowej filmu i marce elektronicznego mordulca. Przepowiednia się sprawdziła, okazję wyhaczyło szwedzkie studio GRIN (mające na koncie dwie części Tom Clancy’s Ghost Recon: Advanced Warfighter, a ostatnio zabłysnęło remake’iem automatowego Bionic Commando), a gra jest de facto gadżetem towarzyszącym kinowemu krewniakowi.

I bielieve I can fly

I believe I can fly

Akcja gry Terminator: Ocalenie ma miejsce na dwa lata przed wydarzeniami znanymi z filmu. John Connor wraz z oddziałem bojowników Ruchu Oporu bierze udział w akcji gdzieś na terenie postnuklearnego Los Angeles. Po rozwaleniu w drobny mak kilku maszynek, grupa ma się ewakuować do bazy. W tym czasie przez radio dociera do nich wołanie o pomoc:  kilku ludzi ukrywa się na terenie opanowanym przez Skynet. Mimo olbrzymiego ryzyka Connor wraz z Blair Williams, Angie Salter  i Barnesem (nie należącym jeszcze do RO) wyruszają na samobójczą misję, żeby żuć gumę i kopać tyłki, a trzeba wam wiedzieć, że guma im się skończyła.

Hunter Killer na polowaniu

Hunter Killer na polowaniu

Przede wszystkim Salvation jest grą bardzo „kinową”, nie można odmówić jej spektakularnych cut-scenkowych akcji, które po prostu oglądamy, a fajnie budują klimat. Mamy tu do czynienia bardziej z interaktywnym filmem, choć o wpływie na to, co się wydarzy możemy zapomnieć (w odróżnieniu od przygodowego Fahrenheit Indigo Prophecy), tym niemniej wrażenie jest zbliżone. Gra Terminator: Ocalenie, podobnie jak odpowiednik ze srebrnego ekranu, upakowana jest akcją, akcją i jeszcze raz akcją. O ile przemierzanie zniszczonego Miasta Aniołów jest ciekawym doświadczeniem dla zmysłów (piękne na swój sposób scenerie, szkielety budynków, wraki samochodów), o tyle sama rozgrywka, po którymś z kolei etapie przebytym pieszo zaczyna nużyć. Według mnie przyczyna tkwi w małej rodzajowo ilości przeciwników, jak i fatalnej Sztucznej Inteligencji czy to blaszaków, czy ludzkich kompanów.

Murek najlepszym przyjacielem bojownika Ruchu Oporu

Murek najlepszym przyjacielem bojownika Ruchu Oporu

Całkiem inaczej prezentują się poziomy z wykorzystaniem wszelakich środków transportu. Szalone rajdy opancerzonymi i uzbrojonymi w ciężkie karabiny maszynowe czy granatniki pojazdami dają dużo frajdy. Emocje są szczególnie silne, kiedy trzeba strącić polującego na nas, latającego Hunter Killera albo wytrzebić podczas eskortowania autobusu stado motoborgów (moto-terminatory to biedne określenie). Apogeum miodności gra oferuje w etapie z metrem: pierwsza część potyczki z maszynami to obrona stacji z wykorzystaniem stacjonarnych karabinów, wyrzutni rakiet i granatników; druga to ucieczka kolejką i eliminowanie ścigaczy. Jest to kawał dobrej roboty. Warto jeszcze wspomnieć o rajdzie czołgiem HK na baterie ogniowe chroniące instalacje Skynetu. Dwa działka obrotowe i wyrzutnie pocisków plazmowych to przykład, że małe wprawdzie jest piękne, ale duże może więcej.

Arsenał Ruchu Oporu nie jest zbyt bogaty. Na wyposażeniu możemy mieć jednocześnie dwie bronie i dwa rodzaje granatów (odłamkowe i rura-bomby). Wśród maszynek do szatkowania metalowców znajdują się: wariacja karabinka M4 i Minimi, shotgun, granatnik i wyrzutnia rakiet. Do tego stacjonarne ciężkie karabiny i działka zamontowane na pojazdach i w niektórych lokacjach. Samych przeciwników też nie ma zbyt wiele, bo rozmienić na śrubki można tylko irytujące, lewitujące aerostaty, pokraczne T7 T aka Spider, stalowe monstra T-600 i ich odpowiedniki – pokryte gumową imitacją ludzkiej skórą Skinjoby, a finalnie motoborgi i powietrzne wersje Hunter Killera.

W kupie raźniej

W kupie raźniej

Na uwagę zasługuje oprawa dźwiękowa i muzyczna tytułu. Seriom z karabinów towarzyszą wpadające w ucho, trzymające klimat motywy. Odniosłem tylko wrażenie, że nie ma ich zbyt wiele i po jakimś czasie „osłuchują” się. Postaciom z gry głosów użyczyli znani (niektórzy z filmu Terminator: Ocalenie) aktorzy i tak: Angie – Rose McGowan, Barnes – Common, Blair – Moon Bloodgood i John Connor – w którego wcielił się, na szczęście nie charczący Christian Bale, a Gideon Emery.

Terminator: Ocalenie ma kilka wad. Kardynalną rysą na szkle jest, piszę to z całą odpowiedzialnością, SI przeciwników i towarzyszy broni. Przykładowo: najlepszym sposobem na ubicie Pająka jest oflankowanie go i ściągnięcie na siebie ognia, podczas gdy reszta drużyny powinna naparzać w odsłonięte obwody stalowego cielaka – to teoria. Praktyka jest taka, że my jesteśmy zasypywani gradem kul, a reszta walecznego Ruchu Oporu siedzi ukryta w pozycji prenatalnej za wrakiem furgonetki. Można by rzec, że to statyści, ot, element otoczenia. Irytuje również krótkość etapów: kilka robotów wysłanych do piachu i wgrywanie kolejnego poziomu – dosyć długie ładowanie, nawet po zainstalowaniu gry na twardzielu konsoli.

Świat oczami czołgu HK

Świat oczami czołgu HK

Jakby tego było mało, zdarzają się motywy typu niemożliwe do przerwania cut-scenki, co doprowadza do furii, gdy po szybkiej śmierci trzeba oglądać znany na pamięć scenariusz. Kolejnym powodem do narzekania jest kiepsko opracowany tryb rzucania granatów – możliwości wybrania miejsca upadku „szyszki” praktycznie nie ma, po prostu chybił/trafił. Nadszedł czas na gwóźdź do trumny, czyli stosunek ceny do jakości. Terminator: Ocalenie to cztery, góra pięć godzin łupanki, z czego połowa to monotonne „od przeszkody do przeszkody”. Nie rekompensuje tego nawet tryb co-op pozwalający na wspólną rozgrywkę, ale tylko z towarzyszem siedzącym obok w opcji z tzw. dzielonym ekranem, a nie z graczami z całego świata via Xbox LIVE.

Widząc rozgrywkę w Terminator: Ocalenie od razu na myśl przychodzi seria Gears of War – chowanie się za przeszkodami terenowymi, postapokaliptyczne lokacje, filmowość. Pod tym względem Terminator: Salvation jest prawie jak GoW, a jak wiadomo „prawie robi wielką różnicę”. To jak z chińskimi podróbkami, z daleka jakoś to wygląda, przy bliższym kontakcie wychodzą buble.

Kapitan Bomba za kółkiem

Kapitan Bomba za kółkiem

Reasumując – Terminator: Ocalenie to gra absolutnie nie warta swej ceny, zakup należy rozważać, gdy ta spadnie co najmniej o połowę. W innym wypadku to tytuł tylko dla kolekcjonerów i zapaleńców. Owszem, są w grze etapy ciekawe i pompujące adrenalinę, ale 200 zł za egzemplarz konsolowy, czy 120 PLN za kopię na peceta i cztery godzinki zabawy to czyste zdzierstwo i próba zarobienia na marce, a nie solidnym produkcie. Ocena: 5/10.

Plusy:

- scenerie i klimatyczne elementy otoczenia;

- etapy z wykorzystaniem pojazdów;

- niezłe udźwiękowienie i oprawa muzyczna;

- scenariusz lepszy od filmowego odpowiednika, co nie oznacza, że powala;

Minusy:

- bardzo krótka;

- fatalna SI przeciwników i kompanów;

- niewielkie poziomy i długie ich wgrywanie;

- stosunek cena/jakość;

Piotr “Micronus” Osiak

Dodaj komentarz